MALARSTWO & RYSUNEK

galeria 0

galeria 1

galeria 2

ZDJĘCIA

galeria

TEKSTY

jest-lirycznie

wiersze

historie

***

O AUTORCE

codzienna

w swoich oczach

okiem aparatu

twoimi oczami: mk120988@op.pl

***

KSIĘGA GOŚCI


"Malarstwo jest manifestacją życia. Pytanie 'dlaczego maluję?' brzmi jak pytanie 'dlaczego żyję?'"
Tadeusz Kantor

raz KRZYKIEM

mówię do Ciebie

raz szeptem...

Sztuka


fot. Katarzyna Czarnecka, modelka: ja

deviantart - galeria Kejt


Archiwum: 2007



22. 06. 2010r.

Ta strona powstała, kiedy miałam 15 lat. Prowadziłam ją przez jakieś 4 lata.
Opowiadanie o Weronice pisałam mając lat 15.

Strona umarła i nie zamierzam jej wskrzeszać. Sama ją porzuciłam i tym samym uśmierciłam.
Powiedzmy, że jednak umarła śmiercią naturalną - ze starości. Jakieś 2 lata temu.

Jest rok 2010, a ja mam 22 lata.
Dziś chciałam skasować tą stronę z serwera, ale sprawdziłam starą skrzynkę - 2 maile (częściej ludzie piszą o Weronice niż o mnie :)). I jakoś nie umiem jej tak po prostu usunąć. Może z wygodnictwa
- dostaję czasami, jak prezenty bez okazji, maile od ludzi, którzy mnie tu odwiedzili.

Bywam tu i tam w internecie. Nie mam stałego miejsca.
Tutaj jest to miejsce, do którego wracam jak do utraconego dzieciństwa. To nic, że przez szybę doświadczeń.

Dziękuję za wszystkie komentarze, pochwały, krytykę, motywujące maile i prywatne przemyślenia.
Księgę gości i skrzynkę mailową nadal przeglądam regularnie.



04. 07. 2008

różności i bezsens,
z dedykacją dla tych, którzy piszą maile, że tęsknią za moimi notkami


Wygrzebane gdzieś ode mnie:
Kiedy byłam mała nie mogłam wyobrazić sobie jak ludzie mogą pomieścić się w małych pudełkach samochodów. Wydawało mi się to straszne - być wciśniętym w nieruchomy fotel w ruchomej zabawce do pokonywania odległości. Nadal czasem patrzę na śmieszne, kolorowe żuczki na kółkach sunące po ulicach, jakbym nie wiedziała czym naprawdę są.

Bez pisania czuję się chwilowo wypalona, a jednocześnie przepełniona - zapycham, upycham w sobie kolejne partie jedzenia - owoce, sosy i makarony, otręby i herbaty z cynamonem - to wszystko układa się we mnie piętrami, w wieżowce, tworzy całe miasta i galaktyki. W piwnicy żołądka siedzą skryte myśli. Głodne. Siedzą i skrobią ziemniaki, czekając na uwolnienie. Ale ja nawet do nich nie zglądam. Porzuciłam je jak zużytą parę butów, bo podobno można tańczyć równie dobrze w baletkach co boso. Zapomniałam o nich - wyrzekłam się własnych myślo-dzieci, krzyczących jeszcze z zaklejonymi usteczkami. Co za matka.

Drzwi zdążyły zarosnąć, trzeba się przedrzeć, dostać jakoś do więźniów, ocalić narodzone, chronić nienarodzone. Oczekuję porodu - myśli wylęgną się i zaczną kiełkować, wspinając się po ścianach i wychodzić przez okno wdychając łapczywie świeże powietrze. Zapomniałam - one nie wychodzą, nie wypuszczam ich nawet na smyczy. Światło dzienne pozwalam im oglądać jedynie zza szyby. Czasem, kiedy jej powierzchnia się nagrzewa - mogą nawet poczuć ciepło innego świata. Ale nie mogą do niego przeniknąć.

Moje modlitwy o ciche objawienia zostają wysłuchane - dostrzegam czasem plamy kawy, układające się w egzotyczne ornamenty, brud na folii jak eksperymenty malarskie.
Czuję niedosyt - budzę się z nim pod językiem. To nieprawda, że widzę więcej, widzę tylko inaczej. To nie błogosławieństwo, to grzech - przekleństwo upodobania izolacji, wiary bardziej w świat stworzony przez siebie niż w ten realny, zewnętrzny. Widzę fragmentarycznie - jak przez dziurkę od klucza - dlatego dostrzegam szczegóły. Ogólny obraz rozpościera się na kształt bezsensu, wielka mapa jakby to była gra w "znajdź swoje miejsce". Zwiedzając po kolei własne wyspy nagle pojawił się ląd całkiem nieznany. Wyspa - Kuba.

Wszystkie bajki, jakie wymyślałam były imionami mojej samotności. Samotności wśród tłumu, której nie czułam dzień w dzień równie intensywnie, ale która dzień po dniu wygryzała we mnie wygodne miejsca dla ulokowania zalążków egoizmu.

Pozornie bliscy, naprawdę - dalecy. Dla nich napisałam kiedyś: Ja, i inni z mojego gatunku - to takie cudowne stworzenia, które podziwia się zza szyby - za wrażliwość, uśmiech i tęczę łez jak kolorowe paciorki spływające po twarzy. Wyciera się pył ze skrzydeł - ludzie przecież tak kochają motyle.
Obserwujesz mnie zza szyby i nie pozwolisz polecieć. Zachwycony tym, co ja uznaję od dawna za przekleństwo - nie wypuścisz nigdy ze swojego słoika dla stworzeń nierealnych. Mówię, że mój kolor to tylko zasugerowana iluzja - światło odbite, niemoje, a ja pływam szara i niewiele ponad dnem. Mówiłam już - nie nauczysz mnie mówić ani śpiewać. Nie marzę o tym, by latać ani zmieniać barwy jak kameleon. Chcę znać światło i umieć wybijać je sobie na źrenicach, przechowywać pod powiekami jak pamiątki w szkatułce po babci. Światło tykające w zgodzie z wewnętrznym zegarem lewostronnym.


Wszystko jest inne, kiedy się kocha. Nie toleruję bylejakości, smakuję obiektywizmu - lekarstwa nie muszą być smaczne, ale powinny być skuteczne.

"Jeżeli chcę nauczyć się sztuki miłości, muszę dążyć do obiektywizmu w każdej sytuacji życiowej i wyczuwać te momenty, w których go zatracam. Muszę starać się dostrzegać różnicę między moim wizerunkiem danego człowieka i jego zachowania zniekształconym przez mój narcyzm a jego realną postacią, niezależnie od moich interesów, potrzeb i obaw. Zdobyć obiektywny i rozumny pogląd na świat to przebyć połowę drogi do opanowania sztuki miłości" [fragm. Erich Fromm "O sztuce miłości"]

Napisałam gdzieś tam, kiedyś: Kiedyś odkryłam - kiedy jesteś na kogoś zły, kiedy nie możesz go znieść - wystarczy się wyciszyć i wsłuchać w to, co mówi, a potem też w to, czego nie mówi. Poznać to, co nim kieruje. I wtedy mija złość, żal, oburzenie. Zaczynasz rozumieć, współczuć - współ-czuć. Choć możesz się z tym nie zgadzać to już masz świadomość tego, że to nie czysta złośliwość, ale jakiś jego system, że on też ma jakieś motywacje, powody, słabości.
Ten obiektywizm, współodczuwanie to także niezbędny element miłości.


27. 04. 2008

do zastąpienia, nie-do-zastąpienia


Najlepiej mi się mówi, najswobodniej, kiedy zawężam sobie świat do jakiejś maleńkiej przestrzeni - do fragmentu sufitu tuż przy karniszu albo do miejsca pomiędzy ramionami, szczelnie przylegając w utuleniu.

"Czym jest moja samotność? Chlebem z masłem, za którym tęskni się wśród bułeczek z szynką i kawiorem."

Ucząc się mówić i słuchać zrezygnowałam z pisania. Nie rozstałam się kulturalnie z własną samotnością - porzuciłam ją nagle i bez łzawych pożegnań. Potraktowałam ją jak chorobę, która potrafi być śmiertelna nawet w niewielkich dawkach. Na chwilę osierociłam siebie niezgadzając się na naturalne wyciszenie.

Kiedyś myślałam, że na starość będę pisać dużo listów - do znajomych i nieznajomych. Będę zostawiać je na parkowych ławkach i wrzucać do butelek, do wody i przywiązywać do kolorowych baloników. Myślałam - będę przychodzić do ludzi i rozdawać miłość jak słodkie cukierki.
Okazało się, że dużo łatwiej pisać listy do nieznajomych. I łatwiej nie oczekiwać ani nie dostawać odpowiedzi.
Smutniej czuć własne echo. Smutniej czuć się człowiekiem tylko w pisaniu.

Piszemy własną opowieść. Przestałam w myślach numerować strony według dni tygodnia i miesięcy.
Trudno mi pisać, bo zaniedbałam to. Nauczyłam się mówić, bo jest do kogo mówić - jak na spowiedzi, jak do przyjaciela. I mówić tyle, że sama siebie zaskakuję, że zapisuję głosem swój pamiętnik. Jest nietrwały, jak słowa, które ulatują z wiatrem, ale bardziej wartościowy od tego pisanego - bo w mówionym są notatki ukochanej osoby na marginesach.

Poznań, już po castingu. Chciałam po prostu wrócić do hotelu i zaszyć się w nim z książką, ale pomyślałam, że zbyt wiele razy uciekam w samotność. Nie słyszę, nie widzę świata dookoła - myślę, czytam albo piszę i tworząc świat pisany zapominam język mówiony, przesłaniam oczy błoną, własnym filtrem, nie otwieram ich, ale zamykam. Nie czuję miasta, w którym jestem, bo jestem zbyt zamknięta w sobie. To stwarza pozory bezpieczeństwa - wszędzie ze sobą, z kawałkiem papieru do pisania, ale nie uczy niczego - świat zacieśnia się do tego małego miejsca, w którym akurat siedzę i piszę. A wszystko poza nim wydaje się dalekie i wrogie. I czuję się wtedy jak w czarno-białym filmie, gdzie tylko ja jestem kolorowa i usiłuję się schować tak, by nikt mnie nie zobaczył. Albo mam wrażenie, że po prostu mnie nie widać - wystarczy, że nic nie powiem, że będę wodzić po ludziach milczącym wzrokiem albo nie patrzeć na nich w ogóle - tylko pisać.

Potrzebuję pisać jak kawy z amaretto - nie codziennie, ale czasem albo częściej - dla smaku, dla tego błogiego uśmiechu i refleksji.
Potrzebuję żyć, nie trwać w stanie zawieszenia-niebytu, gdzie jest duszno od ciszy i wieje samotnością, gdzie leżą pojedyncze książki i snują się, smętnie trzymając za ręce, wspomnienia - jak korowód do żałobnego snu. Nie zasnę. Nie zasnę. Nie zasnę. Już nigdy nie zamknę oczu, nie zacisnę ich tak mocno, żeby nie widzieć gdzie jestem. Drobnymi, ale stanowczymi krokami zbliżam się ku odnalezieniu harmonii.
Jest taka chwila, kiedy czuję, że mam cały świat w dłoni - kiedy trzymamy się za ręce.


09. 04. 2008

zostawiłam sobie przystanie


Szłam do apteki, kiedy minęłam tego psa. Miał sierść pozwijaną w kłaczki jak różyczki z bitej śmietany. Figurka psa z urodziowego tortu, a może kiczowata, porcelanowa figurka, która mogłaby stać pomiędzy słoniami na szczęście, a baletnicą z pozytywki.
Pies siedział na schodach i wygrzewał się w słońcu. A jednak nie był z cukru ani z bitej śmietany - nie roztopił się, żywe, czarne oczka nie spłynęły strugami, sierść nie rozlała się kremowym, kosmatym dywanem po schodach.

A potem pani z psem - jak z tego samego salonu fryzjerskiego, dwie rude czapki włosów. Włosów lśniących, ale twardych jak skorupka nimm2. Pod nimi upłynnione mózgi.

Wracam ze sklepu i widzę konia ponad samochodem - namalowany na ciężarówce wygląda, jakby skakał przez samochód obok.
Zadziwia mnie energia rzeczy martwych - za szybką opiekacza leżą spokojnie parówki poprzecinane żółtym serem. Pod wpływem temperatury ser pęcznieje - unosi się i opada. Oddychają.

Zostały mi małe przystanie - książki Carrolla przed snem, zapach kadzidełek, ciepło kołdry zaraz przed zaśnięciem.
Wszystko inne zawirowało i pozmieniało miejsca i znaczenia jakby nagły podmuch wiatru uniósł je i wyrzucając z trąby powietrznej stworzył od nowa, na nowo ponazywał. Mówiłam o zmianach nie wiedząc nic o prawdziwej rewolucji, która będzie miała miejsce. Wszystko zmieniło się od kiedy kocham.


zakochani - przeczytana przeze mnie ostatnio opowieść


W parku siedziały dwie pary - młodzi i starsi z dłuższym stażem. Zaczął wiać straszny wiatr. Dla młodych to było coś niespodziewanego przez co mogli okazac sobie troskę, przytulić tą drugą osobę, ochronić ją. Druga para zmyła się z parku zrzędząc i narzekając na okropną pogodę.
Coś umiera, kiedy ludzie przestają się cieszyć.


bawiłeś się w dzieciństwie w wymyślanie cieni?


link

link

link



...


O niektórych rzeczach można tylko milczeć, albo kłamać, bo nie da się ich oddać za pomocą słów.


12. 02. 2008

wypowiedzenie


Poszedłem na kawę. Właśnie złożyłem zamówienie, kiedy spostrzegłem starca siedzącego samotnie w kącie. To była duża kawiarnia, ale miałem wrażenie, że to jest j e g o miejsce, codziennie.Kelnerka przyniosła mu filiżankę kawy i wtedy dopiero zobaczyłem jego ręce. Maris, on miał najgorszy przypadek paraliżu albo choroby Parkinsona, jaki w życiu widziałem. Ręce tak mu się trzęsły, że zupełnie nie mógł nad nimi zapanować. Nie było mowy o tym, żeby ten człowiek podniósł do ust filiżankę i nie wylał wszystkiego na siebie. Ale on się śmiał, jakby miał jakąś wielką sztuczkę w zanadrzu i zaraz chciał ją zademonstrować. Wyobraź sobie, że tymi swoimi trzęsącymi się rękami sięgnął za pazuchę i wyjął słomkę...
- S ł o m k ę?
- Tak. Wielką, długą, żółtą słomkę i wrzucił ją wprost do filiżanki. (...) Wiesz, co mi się najbardziej w tym podobało? Że kiedy pociągnął przez słomkę, rozejrzał się wokoło z tak dumnym uśmiechem, jakby chciał całemu światu ogłosić, że żadne, nawet najbardziej pokrzywione ręce nie są w stanie powstrzymać go od picia kawy. (...) Wiesz, co mnie uderzyło? Że muszę o tym opowiedzieć właśnie t o b i e. Częściowo dlatego, że ostatnio mam ochotę mówienia tobie o wszystkim, ale częściowo dlatego... że ty jesteś moją słomką, Maris. Bez ciebie, wiem to teraz, nie byłbym w stanie...
- Napić się kawy - zachichotała Maris.
- Napić się życia. Myślałem o tym, w jaki sposób najlepiej wypowiem, jak bardzo cię kocham. Ten człowiek mi wskazał sposób. Zanim ciebie poznałem, miałem właśnie takie roztrzęsione ręce.
/J. Carroll "Śpiąc w płomieniu"/

Podziwia się ludzi głośnych, hałaśliwych, choć bywa i tak, że "puste naczynia hałasują najgłośniej". Być centrum, pępkiem i okiem... ale co to daje, kiedy wiesz, że oni nie lgną wcale do ciebie, tylko do obrazu - fałszywego jak ostatni odcinek telenoweli?
Rozrastać się i przycinać do kształtu, jaki spodoba się innym, dostosowywać do roli, jaka jest mi przypisana tu i tam - odpycham to od siebie i rosnę patrząc jak przestrzeń sama się poszerza, żeby było więcej miejsca.

Ludzie szukają cudów w astrologii i jakichś paranormalnych zjawiskach. A cuda to cała nauka. Cudem jest to, że żyjemy, że Wszechświat to 30-metrowy pusty pokój z jednym ziarenkiem piasku - rozbitym na miliard bilionów kawałków ("Rozplatanie tęczy").

nowe prace (a kiedyś zarzekałam się, że nie będę robić abstrakcji ;))



11. 02. 2008

Patrzymy na kolibra z niewłaściwej strony teleskopu czasu


* Rozłóżmy ramiona szeroko, jakbyśmy chcieli objąć całą ewolucję od początków życia na czubku palca lewej ręki do współczesności na czubku palca prawej. Na całym odcinku od palca lewej ręki, poprzez oś naszego ciała, aż do miejsca położonego dobrze za naszym prawym barkiem, życie składać się będzie jedynie z bakterii. Wielokomórkowe bezkręgowce zaczną się gdzieś w okolicy prawego łokcia. Dinozaury pojawią się w połowie prawej dłoni, a wymrą przy ostatnim stawie środkowego palca. Całe dzieje Homo saiens i naszych przodków z gatunku Homo erectus mogą się zmieścić na czubku paznokcia. A więc cała historia pisania, Sumerowie, Babilończycy, żydowscy patriarchowie, dynastie faraonów, rzymskie legiony, ojcowie chrześcijaństwa, niewzruszone prawa, Troja i Grecy, śmierć Heleny, Achillesa i Agamemnona, a także Napoleon, Hitler, Beatlesi i Bill Clinton, a wreszcie wszyscy, którzy ich znali, mogą się okazać niczym więcej niźli smugą pyłu zdartą z brzegu paznokcia jednym lekkim pociągnięciem pilniczka.

* Choć nasza interpretacja świata jest odmienna, zachwyca on nas tak samo. Mistyk zadowala się pogrążaniem się w zachwycie, rozkoszowaniem tajemnicą, której nie jest nam dane zrozumieć. Naukowiec odczuwa podobny zachwyt, lecz nie poprzestaje na nim; uznaje tajemnicę za głęboką, po czym dodaje: "Ale właśnie nad tym pracujemy".

/* Richard Dawkins "Rozplatanie tęczy"/

Na pewno zapach kwiatu ma więcej barw kiedy się odkryje ile się na niego składa. Docenia się zmysł wzroku wiedząc, że owady nie widzą tak kolorowo.

Ludzie są skomplikowani. Nie widać po nich emocji tak wyraźnie jak zmieniających się nastrojów ośmiornicy - z minuty na minutę może zrobić się purpurowa albo blada. Podobno gdyby mieć dostęp do jej nerwów - można by puszczać na niej nawet filmy z Charlim Chaplinem.


Widzę je w wyobraźni, w jakimś dawnym świecie,
Pierwotnie niemym, bardzo dawno temu,
W tamtej straszliwej ciszy, która tylko dyszała i szumiała-
Kolibry śmigające w dół, z nieba przestrzeni.

Zanim cokolwiek otrzymało duszę,
Gdy życie było zaledwie pęcznieniem nieożywionej materii,
Ta drobina odprysnęła z blasku,
Lecąc ze świstem przez ogromne, niemrawe, mięsiste pnie.
Sądzę, że wtedy nie istniały kwiaty,
W tym świecie, gdzie koliber mknął jak błyskawica na długo przed stworzeniem.
Sądzę, że długim dziobem przewiercał żyłki powolnych roślin.

Zapewne był ogromny,
Jak mchy i małe jaszczurki, powiadają, że były wielkie.
Może był tylko przerażającym, zadającym nagły cios potworem.

Patrzymy na kolibra z niewłaściwej strony teleskopu czasu -
Na szczęście dla nas.

/David Herbert Lawrence "Unrhyming Poems"/




07. 02. 2008

szpitalymi korytarzami


Czy to ważne w jaki sposób mówimy działaniem i słowami o sobie - z czarnym humorem, gorzką nutą ironii, w przebraniu upiora lub klauna? Może w koronkowych rękawiczkach dotykając kwiaty, chodząc po wodzie? Ważne, by mieć świadomość, by nie dać się ogłuszyć reklamom, świstowi pędu powietrza gnając gdzieś dalej. Nie ważne w którą stronę. Ważne, by w swoją. Nie chodzi o jakiś fetyszyzm czy kreacje tandetne, ale mocne i prowokujące - zarówno w życiu jak i w sztuce. Ważne, żeby robić coś z pełni siebie budując jednocześnie, a nie tylko rozbierając się na części (nie można tędy dojść zbyt daleko, bo kiedyś zostanie sam szkielet, nigdy nie można tylko dawać ani czerpać tylko z samego siebie).
Mężczyźni myślą bardziej analitycznie, kobiety mocniej czują, przeżywają, podpowiada im intuicja. Ważne, by znaleźć sposób na wyrażenie swoich obserwacji. Zanim dotrzemy do innych dobrze jest najpierw dotrzeć do siebie.

Jestem małym, śmiesznym okruszkiem, który broni się przed posądzeniem o nie-bycie jedynie faktem swojego istnienia. Nie chcę tak po prostu przeminąć. Kończymy się dzień po dniu nie bez przyczyny.

Szpital nie należy do miejsc, gdzie można się dobrze bawić. To nie Wesołe Miasteczko. Jedyną rozrywką poza odwiedzinami, czytaniem książki była dla niego gra w karty ze staruszkami. Dziadki podobno chrapały w nocy, a on zasugerował mi jak mu się nudzi.
Kiedy jechałam windą jeszcze nie czułam, gdzie jestem. Dopiero, kiedy wysiadłam: Oddział reumatologii. Całe piętro skrzypiało starością. Jego sala wyglądała jak mała sala tortur. Nie miałam czasu, żeby przyjrzeć się bliżej, ale pierwsze wrażenie było przytłaczające. 20-letni chłopak wśród pomarszczonych staruszków wydawał się wklejony jak z całkiem innego świata.
Siedzieliśmy na parterze, na przeciwko szpitalnej kaplicy. Rozmawialiśmy, kiedy nagle przed oczami przesunęło nam się łóżko z leżącą na nim staruszką. Przed nią lekarze, za nią staruszek. Moje ręce pierwsze poderwały się do ucieczki. Niby słyszałam wypowiadane przez niego słowa, usiłowałam się skupić, ale były jak echo. Przerażenie. A przecież to nie ja leżałam bezwładna. Śmierć to nie zaraza, tylko natura.
Jak wyjęta ze świata siedziałam patrząc, niewidząc. Przed nosem przejechała nam właśnie śmierć. A on mówił dalej. Tak, jakby łóżko ze śmiercią było tylko moim snem, przywidzeniem, nieprawdą. Tak, jakby świat ani na chwilę nie zastygł, nie zatrzymał się albo chociaż nie zwolnił. Nic się nie zatrzymało. Życie toczyło się takim samym tempem, jak wcześniej, choć o to jedno istnienie mniej. Coś się skończyło.

Później dowiedziałam sie, że staruszka żyła. Ale wtedy wydawało mi się, że leży martwa. Ten jeden moment przypomniał mi - jesteśmy w szpitalu - to tu ludzie rodzą się, to tu często umierają. A ktoś obok w tym czasie gra w karty, ktoś je właśnie obiad, ktoś inny śpi.

Jesteśmy dziećmi września. Mamy już prawie 20 lat.

Zawsze wydaje się, że po drugiej stronie trawa jest bardziej zielona. Gdzie jest realny świat, jeśli każdy ma własną jego wizję i wydaje mu się, że tylko ona jest prawdziwa?
Kiedy znasz miłość - nie masz spokoju, ale masz ciepło, emocje, masz początek wszystkiego. Trzymasz go jak róg powiewającej na wietrze chusteczki.
Studiuję to, w czym się zakochałam. W jednej, jedynej chwili tworzenia mam w garści cały swój świat, cała drżę życiem. Ktoś inny zamiast takich chwil zapomnienia w emocjach ma zrozumienie najbliższej osoby. Jest mnie zbyt mało samej, jemu nie jest dobrze zajmować się na co dzień tym, co go nie pochłania.

Każdemu z nas czegoś brakuje do pełni. Może trzeba patrzeć przez nasze szpary nie jak przez ubytki i niewypełnienia, dziury, ale jak przez otwory w rzeźbach Moore'a? Nasze otwory do nowego świata - to tam coś się zmieni, to tam można coś jeszcze dobudować. To miejsca przygotowane na zmiany, dlatego bezskórne, łyse. Brzegi szczelin są ujęte opływowym kształtem. To nie rany szarpane, choć może kiedyś nimi były. Teraz to tkanki czekające na przeszczep.




O otworach w rzeźbach Henry'ego Moore'a:
Ten zabieg formalny slużył artyście do ukazania przestrzeni wewnętrznej rzeźby, a także zacierał granice pomiędzy obiektem, a jego otoczeniem.

Ta biała kobieta wygląda, jakby straciła dziecko - ma wklęsły brzuch, jakby ktoś wyciął jej całą brzemienność.

Napędem mojego działania jest nauczenie się odpowiedzialności, odgadnięcie tajemnicy wewnętrznego ciepła, zgłębienie doświadczeń bez poczucia rozżalenia czy skrzywdzenia, bez oczekiwania. Chcę być najpełniejsza jak to tylko możliwe - bez szybkich wrażeń jak skoki na bungee, bez łatwych wzruszeń jak komedie romantyczne, spróbować jak najwięcej różnorodności przed wybraniem ostatecznej drogi. Zbyt wczesne określenie siebie ogranicza i zamyka oczy zanim zdążyło się je otworzyć. Niektórzy rodzą się z ciekawością świata, niektórzy muszą się jej dopiero nauczyć.
Uczę się naprawdę smakować życie z różnych stron, ale nie zachłannie, nie szybko i w pośpiechu, ale powoli rozkoszując się coraz głębiej jego smakiem. Chcę grać, śpiewać i tańczyć. Cała energia w tym zawarta wystarczyłaby do ogrzania kogoś miłością. Czasem świecę od środka. Mogłabym wtedy światłem oświetlić całe miasto.


06. 02. 2008

tkanki Brzozowskiego, skorupy Abakanowicz, skóry Szapocznikow


- Ja nie wiem, nie znam sie na sztuce.
Na sztuce nie trzeba się znać. Ją się czuje albo nie. Można mieć wiedzę, ale pewnych spraw nigdy nie da się przełożyć na teoretyczne wyliczenia. Jak wynaleźć wzór na miłość? Na przywiązanie? Czy można określić ile dokładnie powiedzieć, a ile nie, żeby pozostała część tajemnicy, żeby namiętność nie zgasła pod ciężarem szczerości przyjaźni?
Jeśli ma się do czynienia z wielką sztuka to do jej interpretacji nie potrzeba wiedzy z zagadnień historii sztuki ani znajomości technik malarskich, rzeźbiarskich, biografii autora...


Patrzę na abstrakcje-nieabstrakcje Brzozowskiego i czuję ich dynamizm, siłę jak z głębi piekła, jak najczarniejsze tajemnice erotyzmu, a przecież to o nas - o ludziach. Jakby namalowane na kształt przyjemności, soczyste, ale trujące napęczniałe owoce w kolorach brzoskwiń, czerwonego grejfruta - nie utrwalone, nie zabite, ale wciąż żywe! Rosnące! To są dzieła absolutnie genialne - czujesz je. Wciągają cię, zachęcają żywą magią wgłąb siebie - jak rozłupane owoce proszą o skosztowanie wylewając się miąszem tkanek.
Sam często miewam wrażenie, jakbym stawał wobec jakiegoś przemożnego żywiołu, który woła do mnie ze ścian, wciąga w głąb siebie, mówi dziwnymi jezykami, szumi, dudni i głośno oddycha, czasem z lekka pogwizdując. Humor tych obrazów jest przy tym tak wyraźny, jakby ich autor wciąż na nas mrugał spoza płócien. Tadeusz Nyczek

Są prace, które działają na ludzi zupełnie, jakby były żywe. To takie uczucie jak na widok nowonarodzonego dziecka - świeżego owocu natury, albo czegoś naturalnie poskręcanego starością.



Abakanowicz ma takie prace - żywe. Tkaniny wyprowadzone w przestrzeń, uwolnione od kajdanów przykuwających do ściany i ułożone przestrzennie. Worki lniane ukształtowane jak skorupy po ludziach. Wychodzące z głów liny, sznury i supły.

Badając człowieka, badam właściwie siebie [...] - mówiła. - Moje formy to kolejne skóry, które z siebie zdejmuję, znacząc etapy mojej drogi. Za każdym razem należą do mnie tak bardzo, i ja należę do nich, że nie mozemy bez siebie istnieć. Czuwam nad ich egzystencją. Miękkie, zawierają w sobie nieskończoną ilość kształtów możliwych, z których tylko jeden jest przeze mnie wybrany jako właściwa forma znacząca. W salach wystawowych stwarzam im przestrzenie, w których rozpościerają swoje promieniowanie energii mojej im nadanej. Istnieją razem ze mną, zależne ode mnie, ja zależna od nich. [...] Beze mnie, jak porzucone części ciala oddzielone od korpusu - nie mają sensu.

Byłam bardzo mała. Przykucnięta nad bagnistym stawem obserwowałam kijanki. [...] Przez cienką błonę pokrywającą rozdęte brzuchy, widać było wyraźnie plątaninę zwojów kiszek. [...] Wyciągnięte patykiem na brzeg, dotknięte nieostrożnie, nadęte brzuchy pękały. Zawartość wypływała rozlanym bezładem zasupłań. [...] Siedziałam z bijącym sercem, wstrząśnięta tym, co się stało. Zniszczeniem miękkiego życia i bezbrzeżną tajemnicą zawartości miękkiego. [...] Po wielu latach materiałem moim stało się to, co miękkie, o skomplikowanej tkance.



Alina Szapocznikow.
Utrwalony dramat przemijania. Przechowywane jak zasuszone kwiaty na kartach botanicznego zielnika, a pokazywane jak relikwie świętych. Uchwycenie życia jako cudu, który przemija, utrwalenie ciała w dowolnym momencie to wyjęcie fragmentu z nieuniknionego procesu zmian. Postrzępione granice twarzy, rąk jak z ośćmi ryb zatopionymi w środku. Martwe odciski ust, twarzy, piersi, dłoni wyglądają tak, jakby kiedyś kwitły. To tylko zdarta martwa skóra z żywych kiedyś tkanek.
Trudno uwierzyć, ze to zostało stworzone, a nie istniało od zawsze i uległo naturalnemu procesowi starzenia.

Mój gest kieruje się w stronę ciała ludzkiego, tej 'sfery całkowicie erogennej', w stronę najbardziej nieokreślonych i najulotniejszych jego odczuć. Sławić nietrwałość w zakamarkach naszego ciała, w śladach naszych kroków po tej ziemi. Przez odciski ciała ludzkiego usiłuję utrwalić w przezroczystym polistyrenie ulotne momenty życia, jego paradoksy i jego absurdalność. (...) Usiłuję zawrzeć w żywicy odciski naszego ciała: jestem przekonana, że wśród wszystkich przejawów nietrwałości, ciało ludzkie jest najwrażliwszym, jedynym źródłem wszelkiej radości, wszelkiego bólu i wszelkiej prawdy, a to z powodu swej ontologicznej nędzy tak samo nieuniknionej, jak - w płaszczyźnie świadomosci - zupełnie nie do przyjęcia.



tramwaj





obie prace by me

Wyobraź sobie jak wiele smutku może pomieścić jeden tramwaj - jak wiele rozwiedzionych myśli i zniszczonych marzeń. Może jeden uśmiech pozwoli poczuć się zauważonym i chcianym.

Jeden tramwaj może pomieścić też wiele szczęścia, miłości i każdego innego uczucia. Zwykle ludzie w tramwaju są otępiali, zajęci, niedostępni, nie spodziewają się komplementów i nie przyjmują uśmiechów. Nawet jeśli nie jest im źle, to na takich wyglądają.

Wyobraź sobie w takim razie jak wiele emocji i uczuć może pomieścić jeden tramwaj. Zobacz jak kształt przestrzeni zależy od tego czyje oczy ją widzą.
Tramwaje to była moja przystań, kiedy samotność w wielkim, obcym mieście pełnym ludzi stawała się nie do zniesienia. Podróże nimi były nieuniknione, ale nieraz wyczekiwane. Obserwowałam nieruchomych staruszków czytających gazety, upływ czasu w zczerniałych srebrach siwowłosych babć.

Zdarzają się jednostki, pojedyncze, które świecą światłem - obojętnie gdzie się pojawią. Może kiedyś uda mi się uchwycić taką osobę.


mówimy o uwodzeniu


Krajobraz staje się wiosenny, ale to praca jeszcze nieskończona - nie powinna być wystawiana do oglądania. Zakurzone drzewa, odcienie zieleni. Kolory jak zakurzona, wyblakła akwarela. Trzeba by zanurzyć bryłkę tego wycinka Lublina w roztworze boraksu, by kolory odzyskały świeżość. Albo zaczekać do wiosny.

Mówimy o uwodzeniu. Tylko desperatki powłóczystym spojrzeniem błagają każdego przechodzącego mężczyznę o wzajemność. Każda ma jakąś taktykę - na niedostępność i niby-obojętność, na złośliwości, na zgodę, na naśladowanie i służbę.
Jedne stoją zawsze odkurzone, jak z najnowszej kolekcji - świeży towar w witrynie sklepowej. Inne się droczą, uciekają. Jeszcze inne nie odstępują na krok jak wierne służebnice gotowe w każdej chwili rzucić się na ziemię polerować drogę.

Mężczyzna ma uwodzić. A kobieta ma być do zdobycia albo nie do zdobycia, do przyjaźni albo do niczego.
Kobiety rzucające się na talerz jako samopodające się danie są smutne w swojej nucie.

Wszyscy widzą, co się dzieje. Kobiety szarżują na mężczyzn, podrywają, wloką ich do łóżka, niczym rozszalałe harpie, z rozcapierzonymi pazurami przegryzają im gardła...
[Pardon, nie to chciałam powiedzieć. Na ogół nie przegryzają im niczego.]
Ale jednak zrobiły się agresywne. Atakują. Pchają się, niecierpliwie i nachalnie. Rwą się do nich, niczym tygrysice do żeru i nic dziwnego, że mężczyźni zaczęli się bać...

(...)Walka z przyrodą, jak już zostało powiedziane, jeszcze nikomu na dobre nie wyszła.

Nie gołębica lata za gołąbkiem (uprzejmie proszę nie mylić z potrawą z kapusty), tylko gołąbek z agołębicą. Nie suka za psem, tylko pies za suką. Nie kotka za kocurem, tylko kocur za kotką...

Odebrana została nieszczęsnym mężczyznom możliwość zdobywania. (...)
Same siebie kobiety pozbawiły największej przyjemności, a mianowicie stawiania oporu, z niebiańską pewnością, iż opór zostanie przełamany.
Opór do przełamywania przez całe istnienie ludzkości stanowił najpiękniejszą przyjemność kobiety i wyrzeczenie się go jest idiotyzmem niebotycznym.
Przełamywanie oporu zaś stanowiło najwspanialszą przyjemność mężczyzny i odebranie mu jej jest idiotyzmem jeszcze większym.

(...) Nasz przodek niegdyś wlókł babę za włosy. Jasne się staje, po co oni hodują te bujne sploty, nawet, jeśli ich centrum stanowi lśniąca łysina...

/J. Chmielewska "Jak wytrzymać z mężczyzną"/



Jeszcze się trochę buntuję, jeszcze zaciskam rączki w piąstki i tupię nóżką, ale powoli dociera do mnie, że świat trzeba najpierw poznać, potem zmieniać.



posiłki z dzieci. smacznego!


Presja, by smakować życie jak najdoskonalsze danie była wystarczająco silna, by zmuszać oczy do wytężonego wysiłku - by nawet w czystej czerni widzieć niuanse kolorów.
Jestem wrogiem ludzkości, bo nie gram kobiety. Jak mały chochlik żyję na złość "prawdziwym" mężczyznom i przeznaczonej dla kobiet roli uwodzicielki.
A jednak nie jestem w stanie przezwyciężyć swojej kobiecej natury, która kładzie nacisk na intuicję i emocje. Mój nieanalityczny umysł nie potrafi ogarnąć zagadnień naukowych, teorii ewolucji. Staram się być chociaż logiczna.
Ujawnia się we mnie buntowniczka, która jak nienośna mucha brzęczy prawdą o niuansach półuśmiechów, zmianach głosu. Wyczuwam napięcie w powietrzu. Wyczuwam fałsz. Słyszę to jak grę na zepsutym instrumencie - wielki fałsz. Widzę poukrywane, przemilczane motywy. Uczymy się gry na cudzych emocjach jak rozstrajania instrumentów.

Presja, by robić jak najwięcej w jak najkrótszym czasie - jak najwięcej pomysłów i szybko, bo na drugi dzień mogą być już nieaktualne! To utrudnia skupienie się na ciągłości zdarzeń, przemyślane działania. Presja, by robić, tworzyć, ruszać się, mówić! Już, natychmiast! Bez zastanowienia! Nie myśleć, bezmyślnie, nie zastanawiać się czy ten, do kogo mówię chce tego słuchać, czy to, co robię ma sens, czy robię coś ponad krzątaniem się wkoło samego siebie w szaleństwie adrenaliny i burzy myśli.

Mówię o plastikowych opakowaniach, w które opakowują się ludzie. Jestem bardziej człowiekiem niż kobietą, choć widzę różnice między płciami, wyczuwam różnice dialektów - męskiego i damskiego. To, na czym zależy mi najbardziej to porozumienie. Nie pragnę równie mocno niczego innego.
Dziś byłam faraonem, Madonną z Krużlowej, Dawidem. Jutro będę nimfą z obrazu Boticellego. Takie zadanie malarskie - namalować własne dłonie w nawiązaniu do dłoni w historii sztuki.
Wstępne szkice:



Jedną z moich ulubionych zabaw jest wymyślanie bajek. Czym innym jest wymyślny opis leżącej na stole łyżeczki albo stada wron, jeśli nie bajką? Absurdalne byłoby myśleć, że poruszam się po wyimaginowanym świecie pięknych obrazków, jakbym przeskakiwała z karty na kartę w albumie fotograficznym. To zajęcie, które ma mnie wciągnąć do świata zewnętrznego i tam zatrzymać, wciągnąć tak, żebym już nie wróciła na zawsze do siebie. Kłamię tylko chwilami - kiedy piszę moje opowieści. Ale mam nadzieję, że przy ostatecznym rozrachunku zostanie mi to wybaczone. Lubię te historie. Dobrze, że nie tylko mnie jest lżej, kiedy je czytam. Wysyłam je w świat nie po to, by żebrały o oklaski. Mają sprawiać przyjemność - mrugnąć okiem albo przewinąć się warkoczem słów. Te światy nie istnieją na zewnątrz. Tam są tylko leżące nieruchomo preteksty, które czekają na ożywienie gestem i czuciem.

Szukam, ciągle szukam w sobie kogoś, kto poznaje ludzi c a ł y c h. Szukam na zewnątrz kogoś, kto nie wybiera dla siebie tylko tego, co mu potrzebne, co najlepsze odrzucając zbędną resztę. Dzieci wyciągają niechcianą zieleninę z kanapki. Dorosłym nie wypada - a jednak biorą z innych tylko to, co lubią, co im smakuje. Resztę najlepiej wyrzucić albo przerobić jajka na jajecznicę, mleko na jogurt albo ser. Co tam komu smakuje. Resztę czasem łaskawie przeżują, ale potem gwałtownie i z nieukrywanym rozczarowanio-obrzydzeniem wypluwają.
Nie muszę ci się podobać. Tylko nie rzygaj mną. Przeżuj całą i dokładnie. Możesz przy tym krzywić się jak przy jedzeniu cytryny, ale przeżuj mnie całą. Poczuj zgrzyty jak przy przesiewaniu piasku przez szeregi zębów. Przestań lubić te posiłki, ale nie zmyślaj mnie, nie łudź się. Nie zostawiaj nieodkrytych, białych plam na mapie wielkości takiej, że tylko po cyferkach informujących o skali można wywnioskować, że to mapa, a nie biały ocean.
Każdy człowiek ma w sobie coś ze stwórcy - stwarza kreacje swoje i/lub cudze. Ma pomysł na to kto kim będzie w świecie poukładanym według niego. Nie sprzeciwisz mu się - on ma już plan, ma wizję. Aktorzy nie mogą go zawieść!

Być może nadwrażliwość to choroba, która pochłania tkanki pozytywnych uczuć. Odczuwam euforystyczne wzloty tak często jak nagłe upadki-przypadki. Rzadziej przychodzą prawdziwe radości, ale gdy już nadejdą - są wtedy głębokie i spełnione. Nie mówię o ćwiczeniach mięśni pobudzanych śmiechem - to skutecznie znieczulenie, ale zbyt często stosowane przytępia. Podobno na starość radości są ciche, ale bardziej spełnione niż nagłe wybuchy emocji za młodu. Zawsze czułam się trochę staruszką. Teraz uczę się też być dzieckiem.

Znalazłam w brzuchu dziewczynkę. Nie wiem ile dokładnie ma lat - może 4, a może 7. Wiem skąd się tam wzięła - jest nas tam 19, już prawie 20.
Lubię ją, jej beztroskę i radość. Niech zostanie troszeczkę naiwna i pomysłowa, niech ma odwagę na eksperymenty. To, że nie zniszczę jej nie ograniczy mnie.
Nikt z nas nie jest jednym. I to, że dorastam nie znaczy, że 10-letnie dziecko czy 15-letnia dziewczyna nie są już we mnie obecne. Podobno najlepiej byłoby ułożyć wszystkie nasze dzieci na niebie i wtedy zobaczyć jak wiele różnorodności się w nas kryje.
W moim brzuchu jest nas prawie 20. Do tej pory nie wiem jak to się stało, że siedzi tam też poskręcana wiekiem staruszka, którą przecież jeszcze nigdy nie byłam.

Każdy człowiek to tajemnica, która prosi o odkrycie - nie tylko przez niego samego. Ale wolimy zmyślać swoich ludzi - to nie wymaga pary uszu ani nawet pary oczu.

Tyle się mówi o "byciu sobą". A ciągle brakuje mi prawdziwych ludzi. Pragnę ich. Chcę nawet się z nimi prawdziwie pokłócić i prawdziwie ponudzić. Chcę czuć ludzi. A zbyt często śmierdzi kłamstwem, manipulacją, wykrętem. Póki ich nie odkryjesz jest jak w perfumerii. Dopiero potem mgiełka zapachu opada.
Łatwiej jest dobrnąć do esencji czyjegoś zapachu, kiedy nie mówi nic niż wtedy, kiedy zza zębów błyska kłamstwem.
Lubię zapach ludzi. Nie ma perfum, które by oddały to w jaki sposób pachną niemowlęta, ciała, które siebie pragną, ręce matki, która kocha.


powiedz mi, co liczysz, a powiem ci...


Jest taki czas, kiedy zaczynasz liczyć kratki chodnikowe, liczysz 1, 2, 3... zgadujesz na której liczbie zapali się zielone światło na przejściu dla pieszych. Stukasz szczoteczką albo maszynką o umywalkę, ołówkiem w blat. Literujesz w myślach słowa zanim je wypowiesz. Charakteryzują cię drobne nastręctwa-dziwactwa o których istnieniu przeważnie mało kto ma pojęcie.

Kiedyś liczyłam jak owce do snu ludzi, którzy odeszli (do płaczu). Teraz zamykam oczy, otwieram. Udaję, że mi się przyśnili. Nauczyłam się śnić za dnia, przesypiam całe chwile najpiękniej jak umiem, do samego końca, zanim sen się skończy. Bez zbędnej adrenaliny wdycham głęboko powietrze i to wszystko, co kształtuje istotę snu.

Najpiękniejszymi rzeczami, jakimi mogą się obdarować ludzie jest oswojenie kogoś i nieodbieranie mu wolności.


02. 02. 2008

żujcie dokładnie


[...] Zmęczona wielogodzinnym polerowaniem
mego Rolls-Royce'a z różowego portugalskiego marmuru:
usiadłam sobie
i zaczęłam marzyć;
machinalnie żując gumę.
Wyciągając z ust najdziwaczniejsze formy,
zdałam sobie nagle sprawę, jaka to wspaniała kolekcja
abstrakcyjnej rzeźby
przechodzi przez moje zęby.
Wystarczyłoby sfotografować i powiększyć
odkrycia mojego uzębienia, by stworzyć
wydarzenie sezonu rzeźbiarskiego.
Żujcie dokładnie, patrzcie wokół siebie.
Twórczość mieści się między marzeniem a codzienną pracą.
/Alina Szapocznikow/


Aleksander Wojciechowski napisał o jej rzeźbach:
[...] są to rzeźby, które oglądamy, kontemplujemy z konieczności - gdyż przede wszystkim chciałoby się je dotykać, wodzić dłonią po ich chropowatej powierzchni, wyczuwać pod palcami każdą nierówność, każde zagłębienie, zanika wówczas dystans między widzem, a rzeźbą, istnieje bezpośrednie, spontaniczne przeżycie.


Są ludzie, którzy kształtem ust zmuszają do myśli o pocałunku.
Są ludzie, którzy wydają się niebezpiecznie bliscy jeszcze zanim się ich pozna. Patrzy się na nich z konieczności. Chciałoby się porównywać ilość rzęs w lewym i prawym oku, symetryczność kącików ust. Ale powstrzymuje się ręce, bo to nie wypada. Tu jest muzeum - tu podziwia się ludzi albo krytykuje, nie dotyka. Oni boją się, że odkryjesz nierówności pod gładką powłoką. Z daleka odlew wydaje się niemal doskonały. Bez sekcji nie dowiesz się z ilu kawałków składa się rzeźba ani czy ktoś nie zalepił w niej noża jak pierścionka w cieście.

Bez dystansu i bez photoshopowego filtra szczęśliwości:

Picasso, Pocałunek

Przeniknięcie dwóch światów smutku i melancholii. Bardziej przyjaźń czy pożądanie? Chwila wyjęta z życia jego i jej, to chwila wspólna kobiety, która jest kobietą tylko przy mężczyźnie i mężczyzny, który jest mężczyzną tylko przy niej. Ten moment nie należy do żadnego z nich. To ich błękitna tajemnica, o której nigdy nikomu nie powiedzą. A jeśli powiedzą... czy to odda ten zapach? To przeszywające ich ciepło?
Czy istnieje namiętność bez szczypty tajemnicy? Czy uczucie wymaga bezgranicznej szczerości jak otwartej spowiedzi? Może czasem warto zamknąć sobie usta, nie mówić o niepozmywanych talerzach i majtkach w groszki.

Kręglicka mówi w reklamie o chwilach, które są jak brylanty - nie do opisania. Myślisz, że można opisać pocałunek tak, żeby był tym samym pocałunkiem, który się czuje? Nazwać uczucie tak, żeby nie pominąć najważniejszego, co w nim zawarte?
Słowa piękne i egzotyczne jak podwodne, kolorowe ryby, płynące po drucie kabla telefonicznego, nie ogrzeją domu w zimne noce - z flagą pojedynczej pary stóp na łóżku.
Anonimowa wiadomość "wszystkiego najlepszego" nie zabarwi dnia na kolor choć trochę bardziej sensowny.


01. 02. 2008

moje łóżko skrzypi o karcianych rybach


Kiedy okrągłe lustro leży na podłodze - jak olbrzym-kot w butach przechodzę ponad odbitym światem.
Podróż na wschód upłynęła mi spokojnie - nie nazywam odległości od łóżka do kuchni oceanem (Atlantyckim ani Spokojnym).
Z powrotem było już gorzej - skakać przez kałuże farb. Były już zaschnięte - jak synonim do "martwe", ale nie chadzam do celu po trupach.

Kiedy wróciłam, moje łóżko zaskrzypiało niedowagą. Myślałam, że to z tęsknoty za mną. Ale ono zaskrzypiało. O. o milczeniu kształtów twarzy widzianych z karcianej perspektywy. Król i królowa po ukosie cięci - głowy ułożone na przemian jak ryby, choć to ani Twój ani mój znak zodiaku.

Masz wąskie, wypukłe wargi, a ja, jak ciętą nożem, wyrzeźbioną płasko górną. Masz nieogoloną brodę, a ja gładkie nogi.
Nic z tego nie wynika.

Jesteśmy pewnie tylko snem jakiejś staruszki na łożu śmierci, która umarła za wcześnie.

Nie zdążyła dokończyć snu.


31. 01. 2008

Legoland


Teatr. Legoland. I my - ona i ja.

- Podobała mi się kreacja chłopaka-ofiary, którego nie zauważa schorowana matka, wykorzystują "koledzy", nie zauważa dziewczyna, na której mu zależy. Owijał sobie bandażami nogi i ręce. Ty lepiej wiąż, szybciej i mocniej, szybciej i mocniej! - powtarzała matka. Czy jest takie zdanie, którym można byłoby wyjaśnić świat?. Szybciej i mocniej, szybciej i mocniej.
Nie mógł owinąć bandaża dookoła nogi - spadał mu, zwijał się w cienką nitkę, a on szarpał się, szarpał, targały nim emocje, on targał bandażami - zaciśnięte pięści tnące powietrze, bijące o głowę zaplątaną w białe nici. Sterylny zapach bandaży. I jego niechcianego przez nikogo istnienia.
- Miało to wyglądać jakby było celowe, ale to chyba był przypadek, że nie udawało mu się tych bandaży zawiązać. Miał grać ofiarę i był ofiarą. Zresztą tak naprawdę wszyscy tam byli ofiarami. - miała rację.
- Życie. Możesz być popaprańcem, prowokatorem, kimś z pozoru pewnym siebie, agresywnym albo chorobliwie nieśmiałym czy otwartym - co z tego, kiedy w środku jesteś ofiarą dzieciństwa, innych ludzi albo samego siebie. Ten dający się wykorzystywać chłopak i ta pewna siebie dziewczyna - inni tylko z zewnątrz, a w środku tak samo pokruszeni.
Dokładnie tak jest - każdy jest wielowarstwowy, nie płaski. Kreacje to sztuczne twory. Nikt non stop nie myśli o seksie, o sztuce ani o rzeczach praktycznych. W zależności od okoliczności, od miejsca, od tego, czy obok siebie ma się kogoś bliskiego czy obcego - jesteśmy inni. Tylko nie każdemu chce się to dostrzec, bo łatwiej jest raz na zawsze przypiąć etykietkę - to ta porządna i zbyt grzeczna, to ten dowcipniś, a to leń.

- W czasie tego spektaklu był taki moment, kiedy czułam coś podobnego jak w Twoich rysunkach. Nie potrafię powiedzieć, w której pracy konkretnie, ale widać, że to Ty wybierałaś tą sztukę.
Być w czyichś oczach to najpiękniejszy sposób zobaczenia siebie.
Miotanie się w emocjach... to najbardziej szczere, na co nas stać. Teoria to sztuczny twór i jakkolwiek by chciała nas czasem studzić, hamować - zawsze może nadejść moment utraty kontroli. Jeden będzie bił poduszką o łóżko, inny znęcał się nad drugą osobą. A ktoś będzie mu na to pozwalał. Powrót do pierwotności. Choć czasem instynkt przetrwania zastępuje dążenie do samozagłady.

Powiedział: nigdzie się ze mnie nie cieszą.
Wykorzystujemy się wzajemnie do prasowania koszul i zmieniania bandaży, do wyładowania emocji i poczucia przynależności, zaznania dreszczyka emocji i wypełnienia czasu. Trudno zbudować więzi, które nie zwiną się w cienką nić, nie rozpłyną w końcu w szale, w powietrzu jak te sterylne bandaże.
Nie jesteśmy sterylni, tylko brudni. Piękni emocjami, obrzydliwi grą pozorów. My, ludzie, śmiejemy się z własnej wrażliwości, z prawdy.
Mówi się, że słowa i zachowania wyrażają człowieka. Są grymasy, które ukrywają go szczelniej niż ich brak. I słowa, które ukierunkowują w całkiem odwrotną stronę. Jeśli przyznam się do chwil słabości uznasz mnie za słabą w ogóle.

Zobacz, jak śmiesznie zbudowany jest człowiek - śmieje się z tych, którzy mają odwagę być prawdziwymi - przeżywać i nie bać się wyrażania gniewu i niewyobrażalnego rozczarowania i wszechogarniającej radości. Nie jest proste przeżywanie wszystkich swoich wewnętrznych światów pomimo tego, czego się od nas oczekuje - jasnej, prostej wypowiedzi, łatwego do rozszyfrowania zachowania. Jednej powłoki jak jednego płaszcza - najlepiej czarnego albo czerwonego, bo taki dobrze widać na trawie i śniegu.
Spędzić z kimś dzień - myjąc talerze, podłogę, dłonie, naciągając rajstopy, kaszląc i nudząc się, choćby bez ani jednego słowa znaczy więcej niż rozmowa, kiedy siedzi się w miękkim fotelu, spokojnie, wygodnie i komfortowo - jakby bez wczoraj i bez jutra, bez przyziemnych potrzeb i zwierzęcych instynktów.
Spotkać się w bałaganie dnia codziennego i nie rozczarować czyjąś niesymetrycznością twarzy, skazą wzdłuż całego ciała jak szramą po bolesnym upadku. Nie spojrzeć w dół z uniesioną brodą: bo ukrywam szczelnie swoje demony i gnijące części, pokazuję się tylko od lepszej strony i pytam czy chcesz coś do picia tylko przy okazji, bo akurat robię sobie herbatę.
A co, jeśli ta "lepsza strona" nie jest wcale lepszą, kiedy nie ma kontrastu? Skąd w ogóle wiadomo która jest najlepsza? Nie zauważysz światła, kiedy nie jest ciemno.

Nigdzie się ze mnie nie cieszą - to chyba najsmutniejsze, co może pomyśleć człowiek. Najstraszniejsze zdanie z całej sztuki. Tak bardzo mi dalekie w chwili, kiedy odnalazłam swoje miejsce. Nie tylko w Lublinie, ale tak w ogóle.


29. 01. 2008

gliniane figurki początkującego rzeźbiarza


Ludzie jak wyciosane marionetki poruszają się po planszy do gry. Teraz widzisz planszę z góry, ale będziesz musiał zejść z powrotem na dół, do tej idiotycznej gry - znów skakać po wyznaczonych polach, przeskakiwać przeszkody i mylić drogę, dowiadywać się o nowych zasadach i pozwalać się uświadamiać, że nie ma żadnych zasad.

Wyrzeźbić siebie - nie w glinie ani nie w kamieniu czy w drewnie. Wyrzeźbić samego siebie, człowieka - z kości, a kości przyoblec mięśniami i płaszczem skóry. Tak, żeby ten tylko miał wypukłe usta, który będzie potrafił je w ten sposób wyciosać, długie palce zawdzięczałby tylko swoim umiejętnościom. Szłam na zajęcia z wydobywania z gliny człowieka i zastanawiałam się jak by to było wydobyć samego siebie - być odpowiedzialnym za swoje rysy, wymyślić własną mimikę twarzy i giętkość, sprężystość ciała.

Umiemy mówić. Umiemy też milczeć. Czasem nawet słuchać! A ilu potrafi splątać monologi jak dłonie do modlitwy? Wymachujemy zamiast tego rękami jak w lunatycznym śnie wariata. Autystycznie kołyszemy się ze śmiechu. Gdy popatrzyłbyś na te duże dzieci dławiące się własnymi żartami miałbyś ochotę powiesić im nad łóżkiem kolorową wycinankę - jak ruchome zabawki nad kołyską dziecka. Czy dorośli też widzą cienie?
Kolega namalował cień paprotki, ale bez paprotki. Nikt nie wiedział co przedstawia obraz ("nooo, nie udały ci się te choinki").
Z zewnątrz wyglądamy całkiem inaczej - wysokie czoła (podobno świadczące o inteligencji), różne nosy i wyzywająco wypukłe wargi, inne uszy, obwody bioder i nadgarstków. Ale swoim głodem nie różnimy się znacząco - szukamy drogi, by go zaspokoić - praca, zabawa, uczucie, poznanie.

Czy potrafisz, angażując się w coś, pomyśleć co ktoś inny robi w tym samym momencie? Usłyszeć czyjś płacz głośniej niż własny? Ludzie słyszą swój głos jako zniekształcony. Śmieszny, jąkający się, dziecinny. A jak słyszą swój płacz?

Dziś zabaczyłam w niej fragment swojego odbicia.

Stając w obliczu cudu, zwykle kłamiemy albo się zamykamy. Musimy. Rzeczy niemożliwe wymagają przynajmniej krótkiego milczenia
/J. Carroll "Dziecko na niebie"/


Wszyscy na siebie oddziaływujemy, zmieniamy coś swoją obecnością, tym jednym istnieniem. Mamy niebezpiecznie wielki wpływ na otoczenie, obciążeni sporą odpowiedzialnością za atmosferę wkoło nas.
To, co wysyłamy w świat - wraca. Tylko będąc sztuczną kreacją dostaje się równie sztuczne następstwa w zamian.
- Wiesz, czasem przypominasz mi taką dziewczynkę skaczącą przez skakankę. Masz w sobie coś takiego. Czasem. - powiedziała.
Zdałam sobie sprawę, że częściej się uśmiecha. Widzę w jej oczach beztroskość dziecka. Jakimś dziwnym przypadkiem ie jesteśmy już te same. Ani ja ani ona.

Odkrywam, że każdy jest potrzebny. Musi być ktoś, kto powie coś jasno i wyraźnie, coś ustali, zmobilizuje do czegoś, kiedy inni nie są pewni co robić i krzątają się bez celu. Musi być ktoś drażniący, żeby uczył cierpliwości. Ktoś zorganizowany, dowcipny, cichy, nieśmiały, dominujący i skryty, otwarty i zamknięty w sobie.
Tu jest niebezpiecznie jak w klatce lwów. Trzeba uważać też na własny ogon. Dużo kłopotów można narobić, kiedy się zapomnisz i rozmawiasz z kimś nie w jego dialekcie. Na żart odpowiesz całkiem serio albo zażartujesz w poważnej chwili. Wieża Babel. Jak w rzeźbie, o której kiedyś pisałam - wszyscy dążymy do szczytu - do pełni zrozumienia, uświadomienia, do jądra miłości. Wyczucie nastroju chwili i znaczenia każdego elementu ludzkiego działania pomaga znaleźć następny stopień w górę - potem okazuje się, że to dopiero pierwszy z kolejnej partii schodów.
Na egzekucjach pytają czy zasłonić ofierze oczy. Na razie chcę patrzeć. W górę.


27. 01. 2008

efekt uboczny


Trudno uważać się za dojrzałego w wieku 19 lat. Zmieniam się swoim tempem, nie goniąc za innymi, nie wypowiadając tysiąca słów na minutę. Ludzie drażnią się wzajemnie nadpobudliwością i gadulstwem albo nudną biernością, oczekiwaniem nie wiadomo na co. Trudno znaleźć złoty środek - jak pomiędzy monologiem, a zniknięciem zupełnym przez słuchanie kogoś, ale ważne jest to, żeby iść, ciągle iść w stronę rozmowy i zrozumienia. Tak, banał. Chciałabym móc kiedyś powiedzieć, że swoim życiem mówiłam o takim banale. Nie tylko słowami, ale całym życiem.

Kiedyś myślałam, że powinno się brzmieć istnieniem, zaznaczyć tu siebie jak przez zakreślenie czerwonym punktem na mapie ważnego miejsca. Ważne miejsca są dookoła. I tak nie pozostaniesz niezauważony odkrywając je wszystkie po kolei, bo przecież nie jesteśmy niewidzialni ani przezroczyści, ale to będzie tylko efekt uboczny. Poznanie - to jest dla mnie najważniejsze. Poznanie i zrozumienie.


27. 01. 2008

największa sztuka


Napisała do mnie. Szuka "ludzi z artystyczną duszą". Zaczęłam się zastanawiać co to właściwie znaczy. Czy trzeba coś tworzyć, żeby być "artystą"?
Stwarzam. Choć nie sama. Podobno co najmniej 60% każdego tego, co stwarzamy jest budowane na podstawie tego co widzieliśmy, czytaliśmy, wiedzieliśmy wcześniej, nie czystą esencją nas.
Znam kogoś. Niby nie tworzy nic, ale dzwoni swoim istnieniem, nie daje o sobie zapomnieć, jakby świecił. Nie możesz zasłonić się rękami przed światłem. Najnudniejszy, szary pokój potrafi zmienić w egzotyczne miejsce, w akwarium pełne ludzkich ryb, które mają tak różne kształty i kolory, choć wszyscy ludzie są przecież do siebie w wielu sprawach podobni.
Pokazał człowieka lecącego jakby na skrzydłach - z błonami materiału między rękami i nogami. Namacalnie odwiedziłam niebo tylko lecąc samolotem. Ale czuję tę inną, niewyobrażalnie ogromną i wspaniałą przestrzeń tu, w zamkniętym pomieszczeniu z niskim sufitem. Pode mną sąsiedzi, nade mną sąsiedzi, ale co z tego, kiedy lecę? Odwiedziłam na chwilę niebo, żeby zapamiętać ten widok i przenieść do na dół.

Zabrakło mi. Słów? Powietrza? Kiedy zbyt szybko uniesiesz się ponad atmosferą boli cię głowa i ściska w płucach. Nie powiedziałam nic. Ale leciałam, choć bez adrenaliny towarzyszącej prawdziwym lotom, a tylko z błogim, aksamitnym uczuciem. Takim, jakby rozrastał się we mnie ogromny materiał - na rzeźbę życia, na domalowanie drzewom zielonych liści, gdy zima i ich brak.

Sztuka to dla mnie nie kreowanie siebie na dzieło, ale stwarzanie swojego życia jak wznoszenie wieżowca do samego nieba, nie wieży Babel, ale trwałej budowli - takiej latarni do oświetlania innym drogi.
To jest sztuka - dawać innym tak wiele swoją obecnością, pobudzać kogoś do życia swoim istnieniem. Nie nachalnie, ale wyraźnie, jasno i z asekuracją pasów bezpieczeństwa. To dla mnie największa sztuka. I największym artystą jest ten, kto umie to poczuć, wypowiedzieć i jeszcze się tym z kimś podzielić.
Ten dług można spłacić tylko przekazując radość dalej. To nie gra, w której ktoś przegrywa, a ktoś wygrywa. Dostajesz kawał szczęścia w swoje rozedrgane ręce i od Ciebie zależy co z nim zrobisz - czy zamkniesz w ciemnym kącie w słoiku czy dołożysz do budowania czegoś największego.

Nie zamknęłam go w piwnicy. Czasem mam wrażenie, że widzę, że oświetla dalej kolejne twarze. Nie ma nic piękniejszego niż uśmiechnięty szczęściem człowiek.

Studiuję naszą codzienną mowę i uczę się rozumieć różne dialekty.
Wiem to - kiedyś nauczę się mówić i wypowiem wszystko bez poplątania języka. Na razie jestem gaworzącym niemowlęciem. Umiem pisać, uczę się mówić, bardzo dużo uczę się, jak oczko w lewo, dwa w prawo, robótek ze słów i emocji, robienia tkaniny na cztery druty. Mówić można też do ścian. I do lustra. I do pustego kubka po kawie. Sama nie mam czterech rąk. I tak ubogo - tylko jedną parę oczu.


26. 01. 2008

Zostawcie ją, niech tańczy. Nie będzie oklasków. To nic.


"Znasz te łodzie ze szklanym dnem, którymi pływa się na Florydzie, żeby oglądać wielkie ryby? Czasem filmowanie zbliża mnie do tych rzeczy, ale tylko je widzę. Nie mogę ich wydobyć"
/J. Carroll "Dziecko na niebie"/


Nie wszystko da się nazwać. Jest tyle zjawisk, obrazów i doświadczeń, które mijają bezpowrotnie. Widzę je jak przez to szklane dno, ale nie potrafię wyłowić na powierzchnię. Próbuję wszystkimi możliwymi zmysłami ogarnąć je i przybliżyć na tyle, żeby dosięgnąć. Nazwiesz mnie wariatką. Dopóki widzę sens procesu, kiedy staję się coraz bardziej - nie zwariuję.

Co wybierasz, gdy brakuje słów? Wchodzisz na niebezpieczne terytorium słowotwórstwa, a ludzie mają cię za świra czy wybierasz milczenie i uchodzisz za dziwoląga?

Świr. Dziwak. Na wpółświadomie jesteśmy dla siebie okrutni - wystarczy ignorancja, wciśnięcie kogoś do szuflady jak zepsutej zabawki, żeby odciąć mu drogę rozwoju. Czasem trudno określić siebie, a co dopiero wytłumaczyć siebie komuś innemu. Czasem przestaję mówić, gdy czuję, że wołam jak echo z dna szuflady, i wiem - pozostanę dla kogoś tylko nakręcaną laleczką zahipnotyzowaną dźwiękiem pozytywki. Trzeba wysłać ją do misia-doktora, bo brzmi zbyt nierealnie, chyba się popsuła, bo zachowuje się nie tak, jak powinna. Ona nie tańczy z rytm muzyki, ona myśli, trzeba uleczyć ją, wyleczyć, przeleczyć, zanim zachoruje nieuleczalnie trzeba uświadomić jej, że to nie pokój dziecięcy, ale śmietnik przy ulicy, gdzie nikt nie potrzebuje strzępów dzieciństwa. Albo zostawić ją - chorą i obłąkaną. A jednak ludzie coraz częściej mnie wzruszają, zaskakują. Znakami nie zawsze słownymi mówią mi: dobrze, że jesteś. Uświadamiają, że moje nadzieje to codzienna prawda - że w świecie więcej jest zrozumienia i pozytywnych uczuć niż zawiści i pogardy.
Do powrotu do dzieciństwa trzeba dorosnąć. Jak do bajek.

Wszyscy gdzieś w środku jesteśmy delikatni, ze słabościami. Wstydzimy się ich zapominając, że każdy ma własny worek z takimi śmiejącymi się złośliwie stworkami, które odciągają od wyznaczonych celów albo wskakują na plecy i ciężarem zmuszają do wysiłku.
Są chwile, gdy ciężar stworka nieśmiałości jest tak przygniatający, że paraliżuje działanie. Tłumaczę się wtedy brzemiennością. Ale przecież on nie jest mój tylko przyplątał się nie wiadomo skąd, dlaczego i po co. I trzeba go przeganiać. Noszę go na plecach jak ciemnoskóra kobieta dziecko na ramieniu, ale zwykle udaje się go zrzucić ;)


20. 01. 2008

wyczekiwane spotkania i przegapione autobusy


To nieprawda, że im ktoś widział więcej tym mniej rzeczy go cieszy i zachwyca. Mądry jest ten, kto potrafi pochylić się nad najbardziej marnym szkicem i zobaczyć w nim nie mechaniczną kreskę, niewprawną rękę, złą kompozycję i nudny temat, ale to coś więcej. Każdy rysunek to jakaś historia. Choć czasem przypadkowa - jak przegapienie autobusu. Czasem jest jak spełnienie wyczekiwanego spotkania. A czasem to zwykły bazgroł. A jednak nawet bazgroły mogą pokazywać coś - emocje, niekontrolowaną agresję. Rzucenie okiem na kilkanaście szkiców i stwierdzenie, że są beznadziejne... zwykłe ignoranctwo. I nie różni się niczym od naszego buntu, kiedy nie chcemy wiedzieć więcej z technologii malarstwa - kiedy nie obchodzą nas grunty, spoiwa i werniksy ani ich rodzaje i sposoby otrzymywania.

"Tyle odpowiedzi unosi się leniwie w powietrzu nad naszym życiem jak szary dym nad głową Webera" /"J. Carroll "Dziecko na niebie"

Ludzie są fałszywie otwarci, sztucznie szczerzy. Wylewność to nie otwartość, a szczerość to nie bezczelność. Bywają podejrzliwi, by nie być posądzanymi o naiwność.
To iluzja, że jesteśmy wszyscy tacy dzielni, otwarci i niezwyciężeni. Jesteśmy słabi i delikatni. I często nie odzywamy się do siebie prawdziwie, żeby uniknąć śmieszności. Śmiejemy się, żeby nie być posądzanymi o ponuractwo. Jesteśmy do siebie tacy podobni. Dzielni chłopcy i dzielne dziewczynki. Każdemu jest przykro, gdy za zbyt wielkie oczekiwania musi zapłacić słonym rozczarowaniem i kiedy czuje się zapomniany. Ale ludzie nie postępują tak, żeby nam było źle. Oni tylko postępują tak, by im było jak najlepiej.

Takie proste i banalne spostrzeżenia nie mają koloru migających świateł odbijających się w mokrej od deszczu ulicy ani pobudzającego aromatu kawy, ale chyba jednak znaczą więcej niż najbardziej wyszukany opis prostego zjawiska. Może widzimy inaczej, mniej albo więcej, a może widzimy podobnie, ale wszystko zależy od tego, co z tych obserwacji wynika.

Najważniejsze jest to, czym jesteśmy dla siebie i tych, którzy nas znają od wielu stron. Jesteśmy ograniczeni w postrzeganiu rzeczywistości. Jeśli widzimy więcej z jednej strony to zapominamy o drugiej. Można idealizować, wyobrażać sobie albo nie wyobrażać, zmyślać albo ignorować ludzi, ich zachowania, gesty, drobiazgi.
Wciąż dowiaduję się nowych rzeczy, odkrywam ciągle coś nowego w osobach, które, jak myślałam wcześniej, znam. Tak jak na sesjach zdjęciowych - w innym stroju, dodatkach, makijażu i miejscu tak samo w życiu każdy z nas jest układanką. Choć trudno o tym pamiętać na co dzień. Nie można sportretować kogoś i uchwycić jego całego na tym jednym jedynym rysunku czy zdjęciu.
Ludzie nie są wyciętymi z papieru marionetkami, nie są jednego koloru. Zabarwiają ich emocje, zdarzenia, doświadczenia, okoliczności. Nie będę bezczelna podczas konsultacji ani cicha na imprezie. Ton głosu mi się zmieni, kiedy będziemy z kimś blisko. Policzek przy policzku codzienny ton głodu brzmi jak wrzask - rzęsa przy rzęsie mówimy tylko szeptem.


09. 01. 2008

Zrozumienie


Nie można walczyć ze swoimi demonami. To jak z rzucaniem nałogu - myślisz o tym, żeby się od niego uwolnić, ale tym samym on zamieszkuje w tobie na stałe, obecny w twoich myślach. Trzeba zaakceptować obecność zła. Demony drzemią, ukryte w każdym z nas - wszystkie słabości i niezaleczone bóle, cała masa, która kiedyś może obrócić się przeciwko ---

A cuda dzieją się wtedy, gdy nagle, będąc po raz setny w tym samym miejscu, widzisz je całe - z lotu ptaka, z perspektywy jadącego kierowcy i pełzającego robaka. To tu przecinają się drogi, kolory zmieniają się pod wpływem światła i pór roku. Oświecenie przychodzi wtedy, kiedy patrzysz i widzisz i czujesz, że rozumiesz.

To nie opętania przez idee, to nie zaślepienie ani efekt "prania mózgu". Zrozumienie to to, do czego powinno się dążyć każdym działaniem - mieć otwarte oczy nawet wtedy, kiedy wpada ci w nie deszcz, śnieg i cały brud świata.


11. 01. 2008

wybudować pościelowe korytarze, zakląć kraby dłoni,
by śpiewały na płótnie o napotkanych staruszkach


Trener naprawiał pedał od roweru. Siedział z nim na kolanach i przykręcał, dokręcał, odkręcał, rozkręcał. Dłonie jak żywe maszyny pochylały się nad małym kawałkiem metalu. Niesamowite jak skomplikowane potrafią być ich ruchy - przykręcające śrubokrętem ruchem dookolnym, kombinerkami z góry na dół. Jeszcze inne, kiedy zaplecie się palce w nożyczki. Patrzyłam na niego wciąż pedałując - jakbym chciała go dogonić i przyjrzeć się bliżej temu jak naprawia metalowe nóżki. Pochylał się nad tym śmiesznie poskręcanym robaczkiem.
Na ręce miał wielki srebrny zegarek. Idealne połączenie - skóra i metal. Rączki jak małe pulchne kraby o mocnych szczypcach i spowolnionych ruchach. Dłonie. Do chwytania, przyciągania, skręcania, wycierania, głaskania, machania, przytulania.

W autobusie było bardzo tłoczno, stałam tuż obok kierowcy. Przednia szyba jest dużo czystsza. Można przez nią zobaczyć staruszkę w brązowym futrze ciągnącą za rękę staruszka po pasach, przez ulicę, skuloną babcię całą na czarno z torebką pod pachą, przemykającą się przez ulicę niepozornie, jakby się skradała po cudze jabłka.
Mleczne perły na czarnych włosach z tyłu twarzy zniszczonej wiekiem.

Roland Topor - Wstawać!

Kiedy byłam mała lubiłam chować się w poszewce od kołdry. Tam był mały, sekretny świat pełen ulic, parków, zakątków, korytarzy prowadzących do najciemniejszych jaskiń. Były też domki na pustkowiach, do których droga była osnuta mgłą. Mieszkały tam same dziwne stwory. Lubiłam umawiać się z nimi na wieczorne spotkania przedzaśnięciowe.
Przywilej bycia dzieckiem to możliwość stwarzania na własne potrzeby coraz to nowych światów bez bycia posądzanym o szaleństwo.


02. 01. 2008

zabawy wieczorne ulowe uczuciowe uliczne umysłowe u...


patrz, to świeża sztuka mojego mięsa
w twoim niepoczątkującym teatrze

patrzysz raz -- takie u-bóstwo (sam biór)
i drugi bez u
nie wiesz czemu ale nie lubisz tej samogłoski
może przez skojarzenie z ustami wyciągniętymi
jakby je związać nitką i przyciągnąć

żegnasz się tyłem i opuszczasz
deski sceny

rzeźbi mnie tu ud-ręka
a ja zalotka-ulotka sklejam rzęsy wodne po sobie
powiewam białą flagą koszuli

jeszcze nie wiesz skąd mnie przysłano ani
czy szykują ci zbawienie czy potępienie
a wystarczyło zapytać

***

ulewa prawa pada bardzo, zanuciłbyś, znam cię
upadek spadek nieba i ciśnienia
u niesienie
u skok

źle znoszę zmiany pogody

***

duszny u(st)ścisk

ustniku mów do mnie bo
awaria, coś szwankuje
bezdźwięcznie tracę zmysły, nie krzyczę
jak przysłowiowa wariatka

to choroba popularna ale trudna do zdiagnozowania
trzeba wybadać zakończenia nerwów, końcówkę języka i zabarwienie tęczówek

nie rozczarowuj, na pewno nie jestem zdrowa



Dzisiejszy wieczór z dedykacją dla literki "u" :). Pobawiłam się chwilę w zawyrazowywanie kartki.
Im więcej się uczysz, im więcej wiesz, im szerzej masz otwarte uszy i umysł tym bardziej stajesz się potrzebny innym.
Im więcej pracujesz nad sobą i planujesz swoje dni tym bardziej zbliżasz się do swoich marzeń. Od tych kilku godzin dziennie wolnych od snu, pracy, obowiązków, dojazdów, odjazdów, przyjazdów i jedzenia zależy to czy zrobisz krok naprzód czy zostaniesz w miejscu.

Czuję się jak feniks odrodzony z popiołów.


Niestety nie mam czasu powgrywać nowych zdjęć i szkiców. Na razie są tutaj: deviantart




mk120988@op.pl